Z czasem to się potwierdziło. Mój ojciec żyje z chorobą nowotworową od ponad trzydziestu lat. Moja mama zmarła na raka piersi. Wiedziałem więc, że jestem w grupie ryzyka.
Dlatego regularnie się badałem. I to nie raz na rok czy dwa – tylko co kilka miesięcy.
Miałem świadomość, że choroba może się pojawić. Nie wiedziałem tylko kiedy.
Ten moment przyszedł 17 czerwca 2024 roku. Dwa dni wcześniej zrobiłem badania. Co ciekawe, jeszcze w grudniu 2023 roku wynik PSA był bardzo dobry. W ciągu kilku miesięcy wszystko się zmieniło – nowotwór pojawił się i rozwinął bardzo szybko.
Pierwsza reakcja? Żal. Taka myśl, że to może być koniec.
Ale bardzo szybko przyszła druga – nie wolno się poddać. Trzeba opanować emocje i zrobić wszystko, żeby zawalczyć.
Powiedziałem o diagnozie najbliższym – żonie, córce, rodzinie. Chciałem, żeby dowiedzieli się ode mnie. Jednocześnie zacząłem przygotowywać się na każdy scenariusz. Sprawdzałem, czy żona ma dostęp do wszystkich dokumentów, kont, kontaktów. Informowałem ludzi, z którymi współpracuję.
To był odruch człowieka, który chce mieć pewność, że wszystko jest poukładane.
Równolegle ruszyła ścieżka leczenia. Badania, rezonans, biopsja, diagnostyka – wszystko, co trzeba zrobić w takiej sytuacji. Trafiłem do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. To miejsce, które znałem i któremu ufałem. Wiedziałem, że mam tam wszystko w jednym miejscu.
W pewnym momencie usłyszałem: operacja. Robot da Vinci. I wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jeszcze 1 lipca prowadziłem wydarzenie w Arłamowie. Dwa dni później byłem już po operacji. Z dnia na dzień – z pełnej aktywności do sytuacji, w której leżę w szpitalu, podłączony do aparatury, całkowicie zależny od innych.
Najtrudniejsze? Świadomość zmian, jakie niesie leczenie. Usunięcie prostaty to konkretne konsekwencje dla mężczyzny. Człowiek przyzwyczajony przez całe życie do pewnych rzeczy musi nagle zmierzyć się z tym, że może już nigdy nie będzie tak samo.
Drugą trudną rzeczą było nauczenie się proszenia o pomoc. Nie lubię tego. Zawsze byłem samodzielny. A tu nagle trzeba poprosić pielęgniarkę, żonę, kogoś bliskiego, żeby pomógł wstać, coś podać, pomóc w podstawowych czynnościach. To są rzeczy, które przychodzą z dnia na dzień i trzeba się ich nauczyć.
Ale chyba najtrudniejszy moment przyszedł później.
Miesiąc po operacji spotkałem się z bardzo ostrą reakcją ze strony osób, które uważałem za bliskie. Usłyszałem, że zrobiłem coś złego, mówiąc publicznie o chorobie. To był dla mnie ogromny szok.
Bo ja zrobiłem to z zupełnie innego powodu – żeby pomóc innym.
Ta sytuacja zatrzymała moją rehabilitację. Wpadłem w depresję. Przez trzy miesiące praktycznie nie wychodziłem z domu. To był bardzo trudny czas.
Zacząłem terapię i do dziś z niej korzystam. To doświadczenie pokazało mi, jak ogromne znaczenie ma wsparcie psychiczne w chorobie.
Ale były też inne reakcje. Odezwało się wiele osób – znajomych i zupełnie obcych. Niektórzy dzwonili, żeby mnie wesprzeć. Inni prosili o rozmowę dla swoich bliskich, którzy byli przed operacją. Zacząłem rozmawiać z mężczyznami, którzy się bali, którzy nie wiedzieli, co ich czeka. Dziś takich rozmów jest coraz więcej. Powstają grupy wsparcia. Tworzą się relacje między pacjentami. Wspieramy się nawzajem. I to jest jeden z powodów, dla których zdecydowałem się mówić o chorobie publicznie. Zawsze pomagałem innym. To jest część mojego życia. I tutaj było tak samo – ktoś pomógł mnie, więc ja chcę oddać to dalej.
Leżąc w szpitalu, widziałem codziennie ludzi, którzy odchodzili. Dzień wcześniej rozmawialiśmy, a następnego dnia już ich nie było. To zostaje w człowieku. Dlatego wiedziałem, że muszę mówić o profilaktyce. Bo ona naprawdę ratuje życie.
Dziś mówię o tym otwarcie jako pacjent i jako ambasador kampanii ProstaTaHistoria. Bo wiem, że moja historia może komuś pomóc – skłonić do badań, zmniejszyć lęk, pokazać, że chorobę można wyleczyć.
Gdybym miał powiedzieć jedną rzecz innym mężczyznom? Życie masz jedno. Warto o nie zadbać. Masz rodzinę, bliskich, rzeczy, które jeszcze możesz zrobić. Warto się zbadać, warto się zatrzymać i pomyśleć: co jeszcze chcę w życiu zrobić.
Bo jeśli się w porę zareaguje – naprawdę można wygrać. Ja mogę przegrać bitwę, ale nigdy się nie poddam i nie przegram całej kampanii. I tego się trzymam.
Hirek Wrona jest pacjentem onkologicznym i Ambasadorem kampanii.



